“Przyszła jesień, następnie nadejdzie zima, wiosna, lato. Minie rok, dwa lata, dziesięć. Zapomnimy.”

21.12.2014

Turn the pain into power (PART 2)

Nikt nigdy nie obiecywał, że życie w tak pięknym świecie pośród tak złych ludzi będzie łatwe, prawda? Więc nie mogę mieć nikomu za złe, że ludzie mnie ranią. Tak już musi być. Przecież się nie zmienią. Zawsze będą egoistami. Więc po co mu to? Czemu wrócił? To bez sensu. Miał już dość mnie i moich problemów, a teraz spokojnie przychodzi sobie, gdy spotyka mnie, prawdopodobnie najgorszy. Czemu znów stanął na mojej drodze? Skoro już odszedł to powinien się już nigdy na niej nie pojawić. Nigdy! Przecież powiedział że to definitywny koniec! Dlaczego tu stoi i patrzy się na mnie...
Jego niebieskie oczy, ciemne włosy, głos. Boże jak ja go kocham. Przecież wrócił, tak? Więc zrozumiał swój błąd. Powinnam mu wybaczyć. Czemu to jest takie skomplikowane? Ale przecież to przez niego tu wylądowałam! Przez niego. Mam dość tych wszystkich myśli. Płaczę, a on podchodzi łapie mnie za rękę i szepcze "Przepraszam, Boże to wszystko moja wina, nie powinnaś leżeć teraz tu.. Przepraszam". Wtedy mięknie jeszcze bardziej. Przez kilka minut żadne z nas się nie odzywa, nawet na siebie nie patrzymy, a każda z tych minut jak dla mnie trwa wiecznie. Czuję jego ciepły dotyk na mojej dłoni. Znów wszystko wraca, wszystkie wspólne chwile, a zaraz potem nadchodzi ból spowodowany tym co się wydarzyło w dniu wypadku. 
- Wiesz kiedy tak tu leżałaś - nagle się odzywa, a ja spoglądam na niego - to nie pozwalano mi tu do ciebie wejść, ale zakradałem się i siedziałem przy tobie, dopóki mnie nie wyrzucono - lekko się uśmiecha, za jego uśmiech oddałabym miliony, a tymczasem on sam, dobrowolnie mi go ukazuje. Coś jednak nadal nie daje mi spokoju. 
- Masz poczucie winy, że zerwaliśmy czy, że przez to zerwanie wylądowałam tutaj? Rozumiesz prawda? Jest różnica. 
- Żałuję, że doprowadziłem do tej sytuacji, ale tęsknie za tobą i teraz wiem, że nie powinienem był zostawiać cię w niej samej. Jeszcze raz cie przepraszam, za wszystko.
Przez miesiąc się nie pojawia, ale to tylko dlatego, że powiedziałam mamie, że nie chce go widzieć. Nie wie o zerwaniu, gdybym jej powiedziała, to zaczęłaby mnie pocieszać, czego nienawidzę. Chcę po prostu dokładnie przeanalizować całą tą sytuacje, co i tak nie daje żadnych skutków, siedzę całymi dniami patrząc w ścianę, albo w sufit. Tata przyniósł mi komórkę, ale jakoś nie miałam ochoty z niej korzystać. W końcu jednak, gdy miałam już dość drobiazgowego zapoznania z pomieszczeniem, które otacza mnie, już od jakiegoś półtora miesiąca, włączyłam telefon i wbrew moim oczekiwaniom, zauważam tysiące powiadomień i SMS'ów. Przynajmniej teraz mogę sobie poczytać jak to wszyscy się o mnie "martwią".
  Nie wiem już co robić. Lekarze proponują mi terapie, na którą nie mam ochoty. Wspominają także o cud-operacji, która miałaby się odbyć w grudniu. Nie wiem czy mam siłę na to wszystko, czy mam w ogóle siłę żyć. Praktycznie to panikuje, gdy myślę o życiu, ale boje się umierania. I co tu teraz z takim fantem zrobić co?
W końcu jednak mama łamie obietnice i pozwala mu do mnie wejść. Znów mam przechodzić przez scenę "Ojć czuję się winny, sorry za wszystko"? Nie, nie tym razem. Wchodzi tak dynamicznie, że to aż dziwne. Następnie pyta się jak mogę być taka głupia i nie decydować się na leczenie. To przecież nie jego sprawa, a jeśli to mama myśli, że on będzie w stanie mnie przekonać to się grubo myli. Lecz gdy mu to mówię, on patrzy tylko na mnie smutnym wzrokiem i mówi:
- Daj sobie pomóc. Nie chodzi mi teraz tylko i wyłącznie o twoje zdrowie fizyczne, choć to też jest bardzo ważne. Nie pozwolę ci zrobić niczego głupiego, za bardzo mi na tobie zależy. - No więc się zgadzam, na to całe leczenie. 
Moja siostra przychodzi coraz częściej, okazało się, że to ja w szoku, coś sobie ubzdurałam. Ona po prostu nie wierzyła w to co się ze mną dzieje, dlatego chciała to zobaczyć na własne oczy. Mama, która zakazała jej do mnie wchodzić, bała się, że to może źle na nią wpłynąć. Zresztą nie dziwie się jej. Musiałam wyglądać i zachowywać się okropnie. Nadal tak jest, a przynajmniej z wyglądu. Gdy patrze w lusterko widzę posiniaczoną, zmęczoną twarz. Nie taka powinna być. Podobnie jest z resztą ciała, które pokrywają rany, siniaki i bandaże. 
      Mijają trzy miesiące odkąd zdecydowałam się na rehabilitacje. Przeszłam już przez tysiące ćwiczeń. Tydzień temu miałam także operacje. Nadal nie ma żadnych efektów, żadnej iskierki nadziei. Wszyscy każą mi ją mieć, ale to przecież nie jest takie proste. Nadchodzą święta, a lekarze mówią, że jestem już w stanie wrócić do domu. Przynajmniej na okres świąt, a później się zobaczy. Nie jestem zadowolona z tego że będę musiała spędzać je w takim stanie, no ale lepsze to niż wigilia w szpitalnym łóżku. Praktycznie cały okres przedświąteczny przesiaduję w swoim pokoju i doprowadzam go do niezłego bałaganu. W sumie tak jest lepiej, bo nikt przynajmniej nie przesiaduje tu cały czas. Patrze na wózek inwalidzki postawiony w najbardziej odległym ode mnie kącie, muszę w końcu powiedzieć tacie, że bardzo chętnie oddam go osobie, która rzeczywiście będzie go używała, czego ja nie zrobiłam ani razu. Najgorsze są wyjścia do łazienki, schody. Wtedy muszę wołać rodziców. Pomyśleć, że wypadek nie spowodował tylko nieszczęścia. To właśnie dzięki niemu, rodzice doszli do porozumienia. Teraz cierpią sobie wspólnie, a nie jak dotychczas osobno. Można i tak. Mimo wszystko muszę z tego wyjść. Muszę wrócić do zdrowia. Nie chcę tak spędzić reszty swojego życia. 
Dziś wigilia, mama powiedziała, że spędzimy ją tylko w gronie najbliższych, czyli miała na myśli tatę, mnie i moje rodzeństwo. Byłam nieźle zdziwiona, gdy ok. czternastej usłyszałam pukanie do drzwi. Z ciekawości, chętnie wstałabym i podbiegła do drzwi, no ale niestety nie mogłam. Po chwili jednak, drzwi do mojego pokoju się otworzyły i go ujrzałam, w rękach trzymał paczuszkę. Starannie zapakowaną, o kształcie misia. Słodkie. Usiadł na brzegu łóżka i wtedy to się stało. Dotknął mojej łydki, swoją ciepłą dłonią. Poczułam to.
Przez chwilę patrzyłam to na niego, to na swoją nogę wielkimi oczami, więc ją cofnął, a ja tylko powiedziałam "Nie, nie, zrób to jeszcze raz" i znów poczułam ciepło. Boże. Powoli odzyskiwałam czucie. Powiedziałam mu to, a na jego twarz zagościł uśmiech, za którym tak tęskniłam. Następnie pochylił się nade mną i nasze wargi się zetknęły. Za tym także tęskniłam. Pocałunek przerwała młodsza siostra, która wbiegła do pokoju, ale gdy wytłumaczyłam jej co się stało, zniknęła za drzwiami, aby po kilku minutach przybiec razem z rodzicami. Mama ze łzami w oczach zadzwoniła do mojego lekarza, który oznajmił, że to spóźnione wyniki operacji, którą przeszłam. Jak dla mnie to nie dzięki operacji, to mój mały cud bożonarodzeniowy, z moim chłopakiem w roli głównej, bo niemożliwe byłoby abyśmy do siebie nie wrócili. Teraz już w to wierzę, że wszystko będzie dobrze. 
Chodzę na rehabilitacje, tym razem już pełna nadziei. 
Dwa miesiące od "wielkiego cudu", dwa miesiące spędzone na rehabilitacjach w szpitalu. Teraz siedzę już u siebie w pokoju, dostaje SMS-a o treści "Wyjdź na balkon". Najpierw delikatnie kładę nogi na podłogę, a następnie obciążam je całym swoim ciałem. Chodzę. Otwieram drzwi balkonowe. Jest dość ciemno i zimno. Lecz dostrzegam go, stojącego tam w dole, z bukietem czerwonych róż. 
- Zapraszam cię na spacer - oznajmia, a ja się zgadzam. Ubieram się i schodzę na dół, widzę go siedzącego w salonie i pijącego herbatę. Minęło zaledwie dziesięć minut, a on już zdążył się wprosić. Uśmiecham się do niego, a on idzie w moje ślady. Zakładamy buty i wychodzimy. Idziemy ulicami, oświetlonymi tylko gdzieniegdzie. Pierwszy raz nie boję się ciemności, bo trzymam jego nadal ciepłą dłoń, dopóki chłód tego ciepła mi nie zabierze. 


KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ
OSTATNIEJ


Licencja Creative Commons
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Użycie niekomercyjne - Bez utworów zależnych 4.0 Międzynarodowe.

Brak komentarzy: