Umarłam. Pomyślałam, gdy tylko oślepiło mnie zbyt jasne światło. Ten U Góry postanowił w końcu, że już swoje wycierpiałam i mogę trafić do lepszego miejsca. Lecz nagle do moich uszu dobiegł płacz. W niebie nie płaczą prawda? Gdy moje oczy przyzwyczaiły się do światła zobaczyłam, że na krześle obok siedzi mama, głowę zasłaniając rękoma. Gdy spróbowałam się poruszyć poczułam ból w całych ciele, siniaki miałam wszędzie, a prawa noga była w bandażach. Czułam się tak fatalnie, że ledwo wydusiłam z siebie te dwa słowa: „Gdzie jestem?”. Mama jak z procy wstała z miejsca, kucnęła tuż przy łóżku i powiedziała;
- W szpitalu kochanie, miałaś wypadek i byłaś w śpiączce. – powiedziała przez łzy, nie do końca wiedziałam czy są spowodowane tym, że się wybudziłam czy, że jest jeszcze coś o czym musi mi powiedzieć. Bałam się złych wiadomości. Jednak mama powiedziała, tylko, że w śpiączce byłam tylko przed dwa tygodnie oraz UWAGA, że wszystko będzie dobrze! Boże, nic nie będzie dobrze. Wiedziałam, że czegoś mi nie mówi. Wstała z miejsca i powiedziała, że pójdzie po kogoś. Lecz byłam tak słaba i zmęczona, że ledwo zrozumiałam co mówi i zasnęłam.
Przez kolejne kilka godzin budziłam się lecz po chwili zmęczenie brało górę i decydowałam się na sen, prawdę mówiąc nie tyle co decydowałam, bo praktycznie nie miałam na to wpływu. Za dziesiątym razem, kiedy za oknem było już ciemno, tym razem przy łóżku siedziała moja młodsza siostra, patrzyła na mnie swoimi zielonymi oczami, ale nic nie mówiła. Spróbowałam usiąść i w tym momencie zdałam sobie sprawę, że nie czuję nóg. Boże jak mogłam tego nie zauważyć wcześniej?! Zaczęłam krzyczeć szarpać się na tym niewygodnym szpitalnym łóżku, płakałam, błagałam, żeby coś z tym zrobili. Moja siostra wyszła, a po chwili do pomieszczenia wbiegła pielęgniarka, więc krzyczałam głośniej, lecz ona wstrzyknęła mi coś w ramie. ZNÓW zemdlałam, a może to przez ten zastrzyk, nieważne. Ważne, że ona stała tam w drzwiach i patrzyła, gdy traciłam przytomność, nic nie mówiąc. NIC. Czemu moja siostra się do mnie nie odzywa, tylko spokojnie sobie stoi, o co w tym wszystkim chodzi?!
To był koszmar, przez ostatnią dobę, nawet nie miałam czasu o czymkolwiek sensownie myśleć, straciłam przytomność z piętnaście razy. Miałam już tego dość. Gdy po raz kolejny otworzyłam oczy, byłam sama i dobrze. Muszę w końcu przemyśleć, jak to wszystko zakończyć. Mogę przecież odpiąć się od tych wszystkich urządzeń, spaść na podłogę i czekać na śmierć, albo znaleźć coś ostrego i podciąć sobie żyły. Ale przecież nie jestem desperatką! Co mi nie pozwala odejść? Czemu taka myśl przyszła mi do głowy? Nie wiem, więc tylko leże i próbuje już o niczym nie myśleć, o niczym.
Mijają dni, a ja tylko jem, śpię i płaczę. Nadal przebywam w szpitalu, nie potrafię ruszać dolnymi kończynami, ale co z tego, przecież jeszcze żyje, a to jest w końcu NAJWAŻNIEJSZE!!! Nienawidzę tych ludzi, którzy nie pozwolili mi umrzeć, którzy mnie uratowali. Teraz mam tak żyć? Nienawidzę wszystkich ludzi, a w szczególności siebie.
Mama przebywa w szpitalu codziennie przynajmniej przez dwie godziny, tata podobnie, ale oczywiście w innych godzinach, poza nimi i siostrą tamtego dnia, nikogo innego nie widuję. Czuję się okropnie, nie tylko fizycznie ale i psychicznie. Pomimo, iż odrzuciłam pomysł samobójczego rzucenia się na podłogę, nie mogę przestać myśleć czy cokolwiek co się wydarzy ma jeszcze jakiś sens? Przecież nikt oprócz moich rodziców nie wydaje się załamany, nikt nie przychodzi. Jestem sama z kroplówką i białymi, zimnymi ścianami szpitala. Sama, aż do tego dnia, kiedy w progu drzwi pojawia się jego sylwetka.
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Użycie niekomercyjne - Bez utworów zależnych 4.0 Międzynarodowe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz